Astma u niemowląt – historia Kuby

To się stało jakoś z dnia na dzień. Policzki Kubusia stały się nienaturalnie rumiane, spierzchnięte, jakby ktoś przejechał po nich tarką, albo jakby Kuba leżał na mrozie z mokrą buzią.

A przecież to był maj, Kuba właśnie skończył trzy miesiące i do tej pory skórę miał gładką "jak u niemowlaka". Pomyślałam, że to przez mój nowy krem do twarzy - gdy małego przytulam, policzek dotyka do policzka - wróciłam więc do starego kremu. I nic. Zmieniłam szaliczek na bardziej miękki, "Cypiska" zastąpiłam płatkami mydlanymi - też nic, żadnej poprawy. Wprawdzie "moja" ginekolog zbierając wywiad w początkach ciąży z Kubusiem (astma u męża, astma u obydwu dziadków, ja - katar sienny) wspomniała, że dziecko może być alergiczne, ale nie przejęłam się tym specjalnie. Rozumowałam tak: obydwoje z mężem nie palimy, ciąża przebiega prawidłowo, jem dużo owoców i warzyw, pierwszy syn, którego karmiłam piersią przez rok, nie ma żadnych oznak uczulenia, drugie dziecko też zamierzam chować "na piersi" - to wszystko musi dać dziecku naturalną ochronę przed chorobami, przed alergią również.
Pierwsza wizyta u dermatologa trwała tyle, ile potrzeba czasu na wypisanie recepty. Pani doktor spojrzała na ubranego Kubę nie ruszając się z krzesła i tylko zapytała, od kiedy są zmiany na skórze. Potem popatrzyła jeszcze raz, powiedziała "uuu", jakby stan dziecka był bardzo zły i wypisała receptę na maść z hydrocortizonem oraz coś jeszcze, zdaje się przeciwgrzybicznego na skórę głowy, podrapaną do krwi.
Może powinnam od razu szukać innego lekarza, bo z tego gabinetu wyszłam ze świadomością, że jestem po- zostawiona sama sobie. Przepisaną maścią smarowałam bez przekonania i ze strachem, że mogę zrobić dziecku nieodwracalną szkodę. Zwłaszcza że coraz to nowe miejsca były zmienione przez chorobę: brzuch, podudzia, palce, które pękały na zgięciach, no i uszy, które wyglądały jakby były naderwane.
Wśród sąsiadów, koleżanek i znajomych rozpytywałam o dobrego specjalistę, słuchałam rad każdego, kto miał jakiekolwiek w tym względzie doświadczenie. Na spacerze, w piaskownicy, w aptece, łatwo rozpoznać dzieci "uczuleniowe" (choćby po skórze w zgięciu pod kolanami), a ich mamy chętnie nawiązują między sobą znajomości. Co mi radziły? Żeby kąpać Kubusia w wodzie z krochmalem (kąpałam); żeby kilka razy dziennie smarować całe ciało euceryną (spróbowałam kilka razy); żeby uszyć z podwójnej gazy woreczek, wypełnić rozgotowanym siemieniem lnianym i używać do mycia dziecka zamiast mydła; żeby wyrzucić z jadłospisu wszelkie kwaśne rzeczy: ogórki kiszone itp. (wyrzuciłam); wystawiać dziecko jak najczęściej na słońce, raczej unikać słońca (wystawiałam Kubę w półcieniu), zrezygnować z karmienia piersią (nie zrezygnowałam), uszyć dziecku rękawiczki na sznurkach i przywiązywać do łóżeczka, aby się nie drapało (nigdy nie krępowałam mu rąk i zawsze pozwalałam Kubusiowi podrapać się, a nawet czasami robiłam to za niego), unikać maści hormonalnych, bo przenikają przez skórę do organizmu, a nie są obojętne...
Byliśmy w sumie u sześciu lekarzy, między innymi u doktora, nazwijmy go, Sławnego. Pacjentów miał z całej Polski. Przeciętnie czekaliśmy dwie-trzy godziny i dłużej na przyjęcie. Każda wizyta - sto tysięcy złotych, najpierw co tydzień, później co dwa tygodnie. Czego się dowiedziałam? Że to nie jest żadna alergia, tylko świerzbiączka, czyli nadsuchość skóry. Usłyszałam, że ktoś mi bzdur naopowiadał, bo teraz moda na alergię. Żadnej diety, żadnego wapna. Jeśli będę trzymała się ściśle poleceń pana doktora, Kuba uniknie astmy, która mu zagraża. Laticort, Chlorchinaldin H, Lorinden, Clotrimazolum - pan doktor uspokoił mnie, że zapisuje je mojemu dziecku z pełną świadomością. Odżyłam. Kuba przesypiał całe noce (dzięki małej łyżeczce Hydroxyzinum przed snem), więc i ja się wreszcie wysypiałam. Skóra też się poprawiła, najpierw radykalnie, później jakby coraz słabiej. Ale pan doktor za każdym razem widział ogromną poprawę, więc cieszyłam się razem z nim. Pomyślałam, że ten dobry stan skóry Kubusia warto by wykorzystać i wreszcie go zaszczepić.
Początek choroby synka zbiegł się bowiem z terminem podstawowych szczepień. Pielęgniarka z rejonowej przychodni uważała, że uczulenie może się po szczepieniu pogłębić, więc dermatolog opiekujący się dzieckiem powinien wyrazić zgodę na szczepienie. Zgodę na piśmie. I tu blokada. Nie wiem, czy jest to kwestia odpowiedzialności, czy braku kompetencji. W każdym razie Kuba skończył dwa i pół roku i żaden lekarz nie wyraził do tej pory pisemnej zgody na szczepienie. Mówili: "Właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, ale jeszcze poczekajmy...". Doktor Sławny uważał, że szczepienie to sprawa pediatry, a jego obchodzi tylko skóra dziecka.
Na wizytę u homeopaty namówiła mnie koleżanka, używając argumentu nie do zbicia: nawet jeśli Kubie to leczenie nie pomoże, na pewno nie zaszkodzi. Kuracja u doktora Sławnego trwała już któryś miesiąc, opierała się wyłącznie na kremach i maściach steroidowych zmienianych co dwa tygodnie, a mnie znów zaczęły nachodzić dawne wątpliwości. Więc czemu nie homeopatia? Co mnie najbardziej ujęło w tej niedocenionej metodzie leczenia? Całościowe podejście do pacjenta. Lekarza interesowało wszystko: jak dziecko je, jak śpi, czy jest lękliwe, czy odważne, jak się zachowuje, gdy go swędzi skóra itd. Leczenie homeopatyczne jest żmudne, trwa minimum 6 tygodni, przeznaczone jest więc dla ludzi cierpliwych. Kuba dostawał trzy razy dziennie po dwie kropelki leku (albo szczyptę proszku), każdego dnia z innej buteleczki. Buteleczek było dziesięć, nawet zapisywanie w kalendarzu mi nie pomogło - nie raz i nie dwa się pomyliłam.
Ale mniejsza z tym. Ważne, czy były efekty. Były, choć nie od razu i nie tak radykalne jak po maściach steroidowych. Stopniowa poprawa skóry zaczęła się po trzech, może czterech tygodniach podawania kropelek. Podrażnione miejsca smarowałam - ilekroć widziałam taką potrzebę - "robioną" maścią nagietkową. I swędzenie mijało. W tym czasie zarejestrowałam Kubusia w przychodni alergologicznej. Po rozmowie z homeopatą i po lekturze książek medycznych ustalenie alergenów oraz wyeliminowanie ich z diety i otoczenia dziecka wydało mi się sprawą zasadniczą. Żeby w Warszawie dostać się do alergologa, należy zapisać się kilka miesięcy wcześniej.
Testy skórne wykazały uczulenie na białko jaj kurzych - jedyny z dziesięciu badanych produktów. Wyeliminowanie jajek z jadłospisu Kuby było więc oczywiste, ale należałoby też ostrożnie podchodzić do innych pokarmów - jak nazwał je lekarz - łatwo uczulających, na przykład kakao, kurczaków, ryb, orzechów, owoców drobnopestkowych.
Ale i tak ważniejsza od testu jest moja obserwacja. Nawet jeśli nie wykryto w teście uczulenia na kakao, a ja zauważę wzmożone swędzenie po czekoladzie - kakao należałoby z diety wykluczyć. Boże, a taka byłam szczęśliwa i dumna (pierwszy syn - "niejadek"), że Kuba je wszystko i to z takim apetytem!
Wątpliwa duma. Jaka szkoda, że do alergologa trafiłam z Kubusiem na końcu, a nie na początku mojej wędrówki po lekarzach. Ale i tak skóra Kuby wygląda o wiele lepiej niż dwa lata temu. Zawsze gorzej jest w lecie, wtedy "łapie" też często katar, dokuczliwy zwłaszcza w nocy. Zimą te kłopoty znikają, w tym roku do pierwszych upałów Kuba miał skórę niemal idealną. Za kilka dni czekają go testy z alergenami wziewnymi, zobaczymy, co pokażą. Zastanawiam się czasami, co może zrobić kobieta w ciąży, żeby ustrzec swoje dziecko przed alergią, jeśli jest dziedzicznie obciążone?
Sprawa jest dla mnie aktualna, ponieważ spodziewam się trzeciego dziecka i chciałabym móc coś dla niego zrobić, żeby uniknęło alergii. Przejść na dietę hypoalergiczną? Zażywać jakieś leki? Czy też pogodzić się z twierdzeniem niektórych lekarzy, że jeśli dziecko ma być alergikiem, to nim będzie, żebym nie wiem, co robiła?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *